Mieszanie zamiast kupowania. Jest to bardzo racjonalny pomysł na zagospodarowanie tego, co zalega w kosmetyczkach i szufladach każdej z nas, a za co kiedyś zapłaciłyśmy ciężko zapracowanymi pieniędzmi.
Nie wiem co prawda, jak wiele dziewczyn wydaje oszczędności na kosmetyki kolorowe wyłącznie w celach kolekcjonerskich. Jak dla mnie, żadna to lokata kapitału. To działanie pozbawione sensu. Owszem, pozwala osiągnąć zyski producentom kolorówki, wypuszczającym co sezon gadżety, będące nierzadko zaledwie modyfikacją stałych kolekcji, za to podającym je w całkiem nowym opakowaniu. Na to nakładana jest inna scenografia wytworzona w PhotoShopie – zdjęcia modelek, trochę efektów specjalnych, szałowa grafika. I tak kuszą nas kolejne produkty, które "musimy mieć". I tak "mast hew" kojarzy mi się z "marchew", czyli czymś, za czym ustawicznie należy biec, bo bez tego przecież nie będziemy na topie i życie codzienne straci kolor i smak… Podsumowując, jedyny sens (korzyść) z posiadania przez rozrzutne dziewczę baterii cieni, szminek, błyszczyków i lakierów do paznokci w ilości nie do przerobienia do końca życia, o terminie przydatności do konsumpcji nie wspominając, kryje się w korzyściach finansowych firm produkujących kosmetyki.
Spróbujmy zatem działać we własnym interesie. Niech wydatki na kosmetyki kolorowe (bo na nich się dzisiaj skupiam) będą inwestycją w urodę, dobry wygląd, poprawienie sobie nastroju odpowiednio wykonanym makijażem (nie mylić z poprawą nastroju spowodowanej samym zakupem! To mogą być już przypadki niebezpieczne. Od posiadania kolejnego nieużywanego gadżetu nie zyskujemy na wyglądzie, za to tracimy fundusze).
Inwestycja we własny wygląd powinna być przemyślana. Nie kupujemy zatem niczego "na polecenie" specjalistów od marketingu, ale same (bądź po konsultacji z rozsądną koleżanką) z oceanu dostępnej w sklepach kolorówki wybieramy TYLKO to, co faktycznie uwypukli walory urody i odwróci uwagę od niedoskonałości. Wybieramy w ilości faktycznie potrzebnej, nie robiąc bezsensownych zapasów, których nie wykorzystamy w odpowiednim czasie. Po co ponosić koszty wcześniej? To nieracjonalne. A "promocje", "super okazje" i "obniżki" będą zawsze. Zdążymy z nich skorzystać, gdy przyjdzie taka potrzeba.
Tyle mądrości na temat przyszłych zakupów. Tymczasem każda z nas posiada już mniej lub więcej zmagazynowanych, rzadko używanych lub kompletnie zapomnianych pudełek, kasetek i sztyftów. Co z nimi zrobić?
Jeśli były nowe, można sprzedać na portalu aukcyjnym, ale to i tak zakończy się stratą części wydanych na kosmetyk pieniędzy. Można podarować w prezencie, ale nie wszystko z zasady nadaje się na prezent. Gorzej, gdy opakowanie zostało otwarte. Jeszcze gorzej, gdy kosmetyk był kilka razy użyty. W takich przypadkach pozostaje wypić nawarzone piwo i zużyć, najlepiej do końca.
Jak zużyć coś, co zalega od dłuższego czasu, zatem nie jest nam potrzebne do szczęścia? Zużyć mieszając z innymi zapomnianymi kosmetykami, bądź z tym, co aplikujemy regularnie. Ograniczeniem nie musi być podział na kategorie "do oczu", "do twarzy", czy "do ust". Warto poeksperymentować i popróbować, pamiętając o składach, właściwościach i konsystencjach.
Najwdzięczniejsze do mieszania są cienie do powiek i sypkie pigmenty, bowiem najłatwiej na tym polu dojść do wprawy, jak też uzyskać nowatorski, często zaskakujący efekt. Ponadto pole do popisu jest bardzo szerokie. Szybko można dojść do wniosku, że zgromadzona w domu kolekcja cieni ukrywa solidny potencjał, ponieważ można z niej wyczarować całkiem nowe odcienie, bez konieczności wydawania kolejnych sum w drogeriach.
Skoro idea, jaka przyświeca powstaniu cyklu "Mieszanie zamiast kupowania", została już przekazana i rozebrana na czynniki pierwsze, pora abym poczęstowała Cię pierwszą porcją pomysłów na kolorystyczne mikstury.
Oto zbiór składników, z którego czerpałam na potrzeby wykonania trzech różnych makijaży oczu:

- spersonalizowana, po części mocno zużyta zawartość pięciokomorowej kasetki cieni INGLOT,
- starszy od węgla kamiennego biały cień od Heleny Rubinstein,
- niedawny nabytek: liliowy pigment naturalny Alva,
- rzadko używany, choć lubiany przeze mnie pojedynczy, fioletowo-grafitowy cień INGLOT,
- baza pod cienie Borghese - tak wydajna, że nie zdołam jej zużyć zanim się zepsuje,
- brązowa kredka do brwi SEPHORA – na co dzień w użyciu,
- granatowy liner SEPHORA – dość często na moich powiekach,
- zabytkowy cień pyłkowy AVON w kolorze roziskrzonej na błękitno czerni.
MAKIJAŻ PIERWSZY: "Przed burzą".

Na obie powieki naniesiono cieniutką warstwę bazy. Nieco powyżej załamania pomiędzy ruchomą i nieruchomą częścią górnej powieki, przy pomocy brązowej kredki do brwi narysowano średniej grubości kreskę w kształcie łuku. Linia ta stanowi "rusztowanie" pod kształt "burzowej chmury" nad "liliową łąką". W samej łące ulokowano czystą barwę pigmentu Alva. Nowym, mieszanym odcieniem jest kolor "burzowej chmury".
Powstał poprzez rozmieszanie turkusu i śliwki z palety Inglot z czarnym pigmentem Avon. Składniki zostały zmieszane w równych proporcjach.
Gotowy, nowy kolor nakładano na śladzie brązowego łuku i rozcierano ku górze z czystym turkusem.
Pod łukiem brwiowym znalazła się czysta biel HR, natomiast w wewnętrznym i zewnętrznym kąciku biel HR zmieszana z beżem z palety Inglot.
Wzdłuż linii dolnych rzęs namalowano pędzelkiem lekko roztartą linię czarnym pigmentem Avon. Na linię wodną nałożono biały cień HR.
Na koniec wykonano kreskę na górnej powiece przy pomocy głęboko granatowego linera Sephory.
Podkreślenie brwi: brązowa kredka Sephora. Tusz do rzęs: Clinique.
MAKIJAŻ DRUGI: "Przed zmierzchem"

Tutaj ponownie rozpoczęto od bazy pod cienie, przy czym została ona nałożona wyłącznie na górną powiekę. W roli "rusztowania" ponownie wystąpiła linia narysowana brązowym ołówkiem do brwi, przy czym nadano jej inny kształt. Przestrzeń poniżej linii wypełniono mieszanką chłodnego, lekko iskrzącego brązu z palety Inglot z bielą HR (proporcje 3:2). Ślad brązowej linii pokryto mieszanką trzech kolorów: liliowego pigmentu Alva, fioletowo-grafitowego pojedynczego cienia Inglot i szarości z paletki Inglot (w proporcjach 1:2:1).
Poniżej dolnej linii rzęs przy użyciu granatowego linera Sephora namalowano kreskę, którą po wyschnięciu (ok. 30 sekund) potraktowano pozostałością opisanej przed momentem mieszanki. Rysunek został delikatnie roztarty pędzelkiem. Pod łukiem brwiowym znalazła się odrobina bieli HR. Wewnętrzny kącik oka rozświetlono mieszanką beżu Inglot i bieli HR (proporcje 2:1).
Na rzęsach zagościł tusz Clinique.
MAKIJAŻ TRZECI: Ambiwalentny.

Ideą kompozycji jest odwzorowanie kontrastu pomiędzy przeciwstawnymi siłami dobra i zła, urodą dnia i nocy. Temat pracy, w zależności od punktu patrzenia, zaczepia o baśniowe mądrości, romantyczne widzenie świata lub realizm dnia codziennego.
A teraz odkładamy na bok patos i sprawdzamy, co z czym zmieszano.
Na początek niezastąpiona i wszędobylska kredka do brwi narysowała linię skierowaną od wewnętrznego kącika oka do punku końcowego łuku brwiowego. Następnie mieszanie razy dwa. Po pierwsze: wściekle intensywny turkus z paletki Inglota zmieszano z bielą HR (1:1), dzięki czemu powstał połyskujący błękit słonecznego nieba. Po drugie: czarny pigment Avon skrzyżowano również z bielą HR, co zaowocowało wielowymiarową, niepokojącą i głęboką szarością. Całość połyskuje, daj wrażenie satynowej tafli.
Makijaż ten sam w sobie nie znajdzie raczej zastosowania poza domem (kto tak chodzi po domu?!), lecz nie to było jego celem. Bardzo zależało mi na tym, by wykazać jak ciekawe, zupełnie nowe barwy można wyczarować mieszając pozornie oczywiste kosmetyki kolorowe.
Jeżeli choć jedna niewiasta, w wyniku lektury tego wpisu, zyskała zapał do wykorzystywania swoich zasobów kosmetycznych poprzez bezlitosne i uporczywe mieszanie cieni do powiek, będę bardzo zadowolona.


Sól z morza zwanego Martwym
Źródłem aromatycznych ekshalacji była za każdym razem ta sama tubka relaksującego balsamu do rąk. Wystarczyło uwolnić z niej pokaźną kroplę białego, gęstego mleczka i rozetrzeć ją w dłoniach, by wzbudzić żywe zainteresowanie domowników. Jak pokazała praktyka, po naturalny preparat, wabiący mieszanką zapachów trawy cytrynowej i kokosa, chętnie sięgają wszyscy, w tym dzieci. A miał być tylko mój. 
W zestawie do testów znalazły się: .jpg)

.jpg)



.jpg)








Usta poddane zabiegowi mikropigmentacji, zwanej inaczej makijażem permanentnym, wymagają wyjątkowej i troskliwej opieki. Sprawowanie w sposób skuteczny takiej opieki wymaga natomiast cierpliwości i dyscypliny. Podejmując decyzję o poddaniu się temu zabiegowi, byłam świadoma ryzyk, z jakimi mogę się spotkać. Wiedziałam też, w jakim stopniu jestem odpowiedzialna za przestrzeganie zaleceń lingerystki i przygotowanie się "przed". Wiedziałam ponadto, że biorę odpowiedzialność za właściwe postępowanie i odpowiednią pielęgnację "po". Jest zatem całkowicie jasne, że w doborze kosmetyków nie miał prawa zadziałać zadziałać przypadek. Makijaż permanentny polega na trwałym wprowadzeniu barwnika do głębokich warstw naskórka. Aby to osiągnąć, konieczne jest przerwanie tkanek, stąd po zabiegu mamy do czynienia z raną, która musi wygoić się w odpowiednich warunkach, w swoim czasie. Do czasu całkowitego wygojenia, dopuszczalne a zarazem konieczne, dla zapewnienia higieny i właściwej regeneracji, jest przemywanie ust lekko ciepłą wodą oraz solidne natłuszczanie i nawilżanie. Profesjonaliści rekomendują w tym celu wazelinę i krem z witaminą E.
Pod grubym, kojącym, wazelinowym filmem zamykały się tkanki, formowały strupki i skórka pigmentacyjna. W wyniku działania serum, usta otrzymywały uderzeniową porcję wilgoci. Towarzyszyło temu dosyć zabawne odczucie: naskórek dosłownie wchłaniał dawki serum niczym gąbka. Odwdzięczył się bardzo szybką regeneracją i niezłym – pomimo okoliczności – wyglądem w czasie gojenia. Serum było moim sprzymierzeńcem w walce z bólem, chroniło strupki przed pękaniem (również w czasie mrozów), a przede wszystkim, dzięki rewelacyjnym właściwościom nawilżającym, przyczyniło się do zatrzymania barwnika na swoim miejscu. Dzięki temu dziś cieszę się efektem dyskretnego, naturalnego makijażu.
tej rozślinie właściwościom uspakajającym, relaksującym i ułatwiającym zasypianie. Tak więc nigdy nie było nam ze zobą po drodze, aż do ubiegłej jesieni, kiedy to, korzystając z krótkiego pobytu w Londynie, zajrzałam do przyciągającego z moca magnesu sklepu LUSH, niedaleko Oxford Street. Poszukiwałam czegoś nowego, najchętniej do pielęgnacji twarzy. Zainteresował mnie nietypowy preprat do mycia, wyglądem przypominający owsiankę. W jasnobeżowej masie tkwiły kawałki kwiatów lawendy. Uniosłam tester do nosa i zostałam zaczarowana. Zanim przeczytałam na opakowaniu, jakie składniki zapracowały na efekt, usiłowałam "rozbroić" mieszankę siłą własnej pamięci do zapachów i osobistych skojarzeń. Gorycz i świeżość lawendy wyszły odważnie na pierwszy plan, budując niski, wyraźny, a przy tym miękki akord w płączeniu ze świeżym rumiankiem. Wtórowała im bardzo przyjemna nuta, którą podświadomie wiązałam z ogrodem mojej mamy, jednak nie potrafiłam jej jednoznacznie wydzielić. Jakkolwiek, w miejsce lawendowej nudy przyszło zaciekawienie. W miejsce mydlanej mdłości zawitała ziołowa tajemnica. Kompozycja okazała się soczysta i wyjątkowo zachęcająca. Podnosiłam tester do nosa kilkakrtonie, nie mogąc wyjść ze zdumienia, że lawenda może mi się podobać. Zdecydowałam się na zakup po przeczytaniu listy składników. Jak nie zaufac naturalnej paście do mycia twarzy, której budulcami są drobno zmielone słodkie migdały, gliceryna, kaolin i woda? Jeżeli dodać do tego olej lawendowy, absolut róży damasceńskiej, olejki z rumianku i aksamitki (to właśnie ten śliczny, ogrodowy aromat) i kawałki kwiatów, więcej do szczęścia nie potrzeba.
Idziemy dalej. Skoro już uprzedzenia zostały przełamane, w grudniu ubiegłego roku skusiłam się na drugi, lawendowy kosmetyk. Postanowiłam sprawdzić, jak zadziała lawendowy hydrolat w roli toniku do przemywania twarzy, na etapie pomiędzy Angels on Bare Skin a truskawowym serum nawilżającym własnego wyrobu. Zdecydowałam się na wodę kwiatową z oferty ZSK (Zrób Sobie Krem). Za 200 ml zapłaciłam 9,90 PLN, nie licząc kosztów przesyłki, które rozłożyły się na całe, niemałe zamówienie. Czy w tym przypadku było warto?… 
.jpg)