Displaying 1 - 10 of 169 entries.

Mieszanie zamiast kupowania. Odcinek 1.

  • Posted on May 20, 2013 at 19:54

Mieszanie zamiast kupowania. Jest to bardzo racjonalny pomysł na zagospodarowanie tego, co zalega w kosmetyczkach i szufladach każdej z nas, a za co kiedyś zapłaciłyśmy ciężko zapracowanymi pieniędzmi.

Nie wiem co prawda, jak wiele dziewczyn wydaje oszczędności na kosmetyki kolorowe wyłącznie w celach kolekcjonerskich. Jak dla mnie, żadna to lokata kapitału. To działanie pozbawione sensu. Owszem, pozwala osiągnąć zyski producentom kolorówki, wypuszczającym co sezon gadżety, będące nierzadko zaledwie modyfikacją stałych kolekcji, za to podającym je w całkiem nowym opakowaniu. Na to nakładana jest  inna scenografia wytworzona w PhotoShopie – zdjęcia modelek, trochę efektów specjalnych, szałowa grafika. I tak kuszą nas kolejne produkty, które "musimy mieć". I tak "mast hew" kojarzy mi się z "marchew", czyli czymś, za czym ustawicznie należy biec, bo bez tego przecież nie będziemy na topie i życie codzienne straci kolor i smak… Podsumowując, jedyny sens (korzyść) z posiadania przez rozrzutne dziewczę baterii cieni, szminek, błyszczyków i lakierów do paznokci w ilości nie do przerobienia do końca życia, o terminie przydatności do konsumpcji nie wspominając, kryje się w korzyściach finansowych firm produkujących kosmetyki. 

Spróbujmy zatem działać we własnym interesie. Niech wydatki na kosmetyki kolorowe (bo na nich się dzisiaj skupiam) będą inwestycją w urodę, dobry wygląd, poprawienie sobie nastroju odpowiednio wykonanym makijażem (nie mylić z poprawą nastroju spowodowanej samym zakupem! To mogą być już przypadki niebezpieczne. Od posiadania kolejnego nieużywanego gadżetu nie zyskujemy na wyglądzie, za to tracimy fundusze).
Inwestycja we własny wygląd powinna być przemyślana. Nie kupujemy zatem niczego "na polecenie" specjalistów od marketingu, ale same (bądź po konsultacji z rozsądną koleżanką) z oceanu dostępnej w sklepach kolorówki wybieramy TYLKO to, co faktycznie uwypukli walory urody i odwróci uwagę od niedoskonałości. Wybieramy w ilości faktycznie potrzebnej, nie robiąc bezsensownych zapasów, których nie wykorzystamy w odpowiednim czasie. Po co ponosić koszty wcześniej? To nieracjonalne.  A "promocje", "super okazje" i "obniżki" będą zawsze. Zdążymy z nich skorzystać, gdy przyjdzie taka potrzeba.
Tyle mądrości na temat przyszłych zakupów. Tymczasem każda z nas posiada już mniej lub więcej zmagazynowanych, rzadko używanych lub kompletnie zapomnianych pudełek, kasetek i sztyftów. Co z nimi zrobić? 
Jeśli były nowe, można sprzedać na portalu aukcyjnym, ale to i tak zakończy się stratą części wydanych na kosmetyk pieniędzy. Można podarować w prezencie, ale nie wszystko z zasady nadaje się na prezent. Gorzej, gdy opakowanie zostało otwarte. Jeszcze gorzej, gdy kosmetyk był kilka razy użyty. W takich przypadkach pozostaje wypić nawarzone piwo i zużyć, najlepiej do końca.

Jak zużyć coś, co zalega od dłuższego czasu, zatem nie jest nam potrzebne do szczęścia? Zużyć mieszając z innymi zapomnianymi kosmetykami, bądź z tym, co aplikujemy regularnie. Ograniczeniem nie musi być podział na kategorie "do oczu", "do twarzy", czy "do ust". Warto poeksperymentować i popróbować, pamiętając o składach, właściwościach i konsystencjach. 
Najwdzięczniejsze do mieszania są cienie do powiek i sypkie pigmenty, bowiem najłatwiej na tym polu dojść do wprawy, jak też uzyskać nowatorski, często zaskakujący efekt. Ponadto pole do popisu jest bardzo szerokie. Szybko można dojść do wniosku, że zgromadzona w domu kolekcja cieni ukrywa solidny potencjał, ponieważ można z niej wyczarować całkiem nowe odcienie, bez konieczności wydawania kolejnych sum w drogeriach.

Skoro idea, jaka przyświeca powstaniu cyklu "Mieszanie zamiast kupowania", została już przekazana i rozebrana na czynniki pierwsze, pora abym poczęstowała Cię pierwszą porcją pomysłów na kolorystyczne mikstury.

Oto zbiór składników, z którego czerpałam na potrzeby wykonania trzech różnych makijaży oczu:

beautyteller

- spersonalizowana, po części mocno zużyta zawartość pięciokomorowej kasetki cieni INGLOT,
- starszy od węgla kamiennego biały cień od Heleny Rubinstein
- niedawny nabytek: liliowy pigment naturalny Alva,
- rzadko używany, choć lubiany przeze mnie pojedynczy, fioletowo-grafitowy cień INGLOT,
- baza pod cienie Borghese - tak wydajna, że nie zdołam jej zużyć zanim się zepsuje,
- brązowa kredka do brwi SEPHORA – na co dzień w użyciu,
- granatowy liner SEPHORA – dość często na moich powiekach,
- zabytkowy cień pyłkowy AVON w kolorze roziskrzonej na błękitno czerni.

MAKIJAŻ PIERWSZY: "Przed burzą".

makijaż oka beautyteller

Na obie powieki naniesiono cieniutką warstwę bazy. Nieco powyżej załamania pomiędzy ruchomą i nieruchomą częścią górnej powieki, przy pomocy brązowej kredki do brwi narysowano średniej grubości kreskę w kształcie łuku. Linia ta stanowi "rusztowanie" pod kształt "burzowej chmury" nad "liliową łąką". W samej łące ulokowano czystą barwę pigmentu Alva. Nowym, mieszanym odcieniem jest kolor "burzowej chmury".
Powstał poprzez rozmieszanie turkusu i śliwki z palety Inglot z czarnym pigmentem Avon. Składniki zostały zmieszane w równych proporcjach.
Gotowy, nowy kolor nakładano na śladzie brązowego łuku i rozcierano ku górze z czystym turkusem.
Pod łukiem brwiowym znalazła się czysta biel HR, natomiast w wewnętrznym i zewnętrznym kąciku biel HR zmieszana z beżem z palety Inglot.
Wzdłuż linii dolnych rzęs namalowano pędzelkiem lekko roztartą linię czarnym pigmentem Avon. Na linię wodną nałożono biały cień HR.
Na koniec wykonano kreskę na górnej powiece przy pomocy głęboko granatowego linera Sephory.
Podkreślenie brwi: brązowa kredka Sephora. Tusz do rzęs: Clinique.

MAKIJAŻ DRUGI: "Przed zmierzchem"

makijaż oka beautyteller

Tutaj ponownie rozpoczęto od bazy pod cienie, przy czym została ona nałożona wyłącznie na górną powiekę. W roli "rusztowania" ponownie wystąpiła linia narysowana brązowym ołówkiem do brwi, przy czym nadano jej inny kształt. Przestrzeń poniżej linii wypełniono mieszanką chłodnego, lekko iskrzącego brązu z palety Inglot z bielą HR (proporcje 3:2). Ślad brązowej linii pokryto mieszanką trzech kolorów: liliowego pigmentu Alva, fioletowo-grafitowego pojedynczego cienia Inglot i szarości z paletki Inglot (w proporcjach 1:2:1).
Poniżej dolnej linii rzęs przy użyciu granatowego linera Sephora namalowano kreskę, którą po wyschnięciu (ok. 30 sekund) potraktowano pozostałością opisanej przed momentem mieszanki. Rysunek został delikatnie roztarty pędzelkiem. Pod łukiem brwiowym znalazła się odrobina bieli HR. Wewnętrzny kącik oka rozświetlono mieszanką beżu Inglot i bieli HR (proporcje 2:1).
Na rzęsach zagościł tusz Clinique.

MAKIJAŻ TRZECI: Ambiwalentny.

makijaż beautyteller

Ideą kompozycji jest odwzorowanie kontrastu pomiędzy przeciwstawnymi siłami dobra i zła, urodą dnia i nocy. Temat pracy, w zależności od punktu patrzenia, zaczepia o baśniowe mądrości, romantyczne widzenie świata lub realizm dnia codziennego. 
A teraz odkładamy na bok patos i sprawdzamy, co z czym zmieszano. :)
Na początek niezastąpiona i wszędobylska kredka do brwi narysowała linię skierowaną od wewnętrznego kącika oka do punku końcowego łuku brwiowego. Następnie mieszanie razy dwa. Po pierwsze: wściekle intensywny turkus z paletki Inglota zmieszano z bielą HR (1:1), dzięki czemu powstał połyskujący błękit słonecznego nieba. Po drugie: czarny pigment Avon skrzyżowano również z bielą HR, co zaowocowało wielowymiarową, niepokojącą i głęboką szarością. Całość połyskuje, daj wrażenie satynowej tafli.
Makijaż ten sam w sobie nie znajdzie raczej zastosowania poza domem (kto tak chodzi po domu?!), lecz nie to było jego celem. Bardzo zależało mi na tym, by wykazać jak ciekawe, zupełnie nowe barwy można wyczarować mieszając pozornie oczywiste kosmetyki kolorowe.

Jeżeli choć jedna niewiasta, w wyniku lektury tego wpisu, zyskała zapał do wykorzystywania swoich zasobów kosmetycznych poprzez bezlitosne i uporczywe mieszanie cieni do powiek, będę bardzo zadowolona.

Przepis na relaks solno-szałwiowy.

  • Posted on May 8, 2013 at 17:25

Półgodzinna kąpiel, spędzona w ciszy i spokoju, to luksus. Nie potrzeba przy tym żadnych efektów specjalnych, drogich ośrodków SPA czy wodotrysków, żeby głęboko się zrelaksować, dystansując od bieganiny.
Nie narzekam na brak pomysłów w sferze kosmetycznych dodatków kąpielowych. Wiele z nich potrafię zmieszać i uformować sama. W tym miejscu zachęcam osoby z żyłką do kuchennej produkcji musujących kul i tabletek do przeszukania archiwum tego bloga. Znajdziecie tam relacje z kilku prób.
Dziś jednak nie o wyrabianiu ciasta z sody i maseł, a o dziecinnie prostym w realizacji planie na wyjątkowo relaksującą, odstresowującą o wręcz usypiającą kąpiel.

Potrzebujemy:
2 garści naturalnej soli z Morza Martwego (Dead Sea Salt),
2 garści różowej soli "himalajskiej" (Sodium Chloride)
2 nakrętki Szałwiowego olejku do kąpieli Dr.Hauschka

a poza tym zamykanej od wewnątrz (dla zapewnienia świętego spokoju) łazienki, wanny i około 40 litrów wody z kranu (Water).

dr.hauschka salbei bad olejek szałwiowySól z morza zwanego Martwym zadomowiła się na dobre w wielu seriach kąpielowych i pielęgnacyjnych. Ile z jej dobroczynnych właściwości oferują poszczególne serie, analizować tutaj nie będziemy. Różowa sól himalajska została już szeroko opisana na wielu portalach i w serwisach poświęconych medycynie naturalnej. Nie będę w związku z tym multiplikować opowieści krążących w internecie. Z racji tego, że ani jednej ani drugiej soli nie przebadałam chemicznie pod względem imponującej zawartości jonów oraz pierwiastków śladowych, przemilczę temat obietnic producentów, a w zasadzie specjalistów od marketingu. Sól, jak sól. Z pewnością nie jest tak oczyszczona z mikroelementów jak sól kuchenna. Grunt, że sól zasala wodę, a więc tworzy roztwór bardziej stężony niż środowisko po wewnętrznej stronie ludzkiej skóry. Dzięki temu woda przenika osmotycznie przez błony komórkowe w pożądanym kierunku, a zanurzone w kąpieli ciało pozbywa się nadmiaru H20, a wraz z nią przynajmniej części toksyn. Co osiągamy?… Osiągamy efekt drenażu. Warunkiem uruchomienia mechanizmu wymiany osmotycznej jest przygotowanie roztworu o stężeniu co najmniej 1%. Na każdy litr wody potrzebujemy zatem 10 g soli. 
Ponadto kąpiel solna przynosi korzyści w postaci pobudzenia mikrokrążenia (skóra jest wyraźnie zaróżowiona po kąpieli) i szybszego wygojenia wszelkich podrażnień spowodowanych choćby depilacji. Powoduje też zmniejszenie widoczności objawów rogowacenia mieszkowego. Skóra chętniej poddaje się pilingowi. Po kąpieli pozostaje odczuwalnie jędrna i napięta. Tyle, jeśli chodzi o moje własne odczucia i obserwacje. 
Po trzech identycznych kąpielach, z których każda trwała 30-40 minut nie mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, czy zastosowane sole przyczyniają się do utraty kilogramów i likwidacji cellulitu. Podejrzewam, że nawet 10 kolejnych kąpieli nie pozwoli na jednoznaczne stwierdzenie.
Oznacza to, że dalej mogę podjadać czekoladę.

Szałwiowy olejek do kąpieli. Według Dr. Hauschka jest to preparat "odświeżający i regulujący". Regulacji nie zaprzeczam, odświeżenia nie potwierdzam. Odświeżenie bowiem odczuwam zazwyczaj za sprawą olejków cytrusowych, imbirowych, drzewnych, świerkowych oraz aromatów wodnych, powietrznych i ogórkowych. Szałwia w omawianym wydaniu jest absolutnie skoncentrowana, silna, przy tym odrobinę słodka. Występuje jako dodatek do głębokiej, obezwładniającej woni kamfory. I przyznaję, że jest to połączenie niesamowite i piękne. Oczywiście, dla przeciwników kamfory przygoda z tym preparatem może zakończyć się dziwnie, jednak dla fanów niskich, aksamitnych akordów (bo głównie do panów jest adresowany ten produkt), może to być nie lada uczta aromatyczna. Dla mnie, niezaangażowanej emocjonalnie w związek z kamforą, kontakt z olejkiem to prawdziwa przyjemność. Nie mogę się nasycić oparami podczas kąpieli. Poprawiam wdychaniem bezpośrednio z nakrętki. Tyle magii jest w samym zapachu.  
Pod względem właściwości, na pierwszym miejscu postawiłabym silne działanie wyciszające i relaksujące. Zaraz po nim średnio intensywne
i bardzo przyjemne działanie rozgrzewające. W opisywanej przeze mnie kąpieli, olejek neutralizuje metaliczny zapach różowej soli himalajskiej.
W zasadzie całkowicie maskuje słoność wody. 

Jak przygotować kąpiel?
Do ciepłej wody wlewamy 2 nakrętki olejku i przeprowadzamy zanurzenie. Tym samym wkraczamy w fazę relaksacyjną kąpieli. Jest to czas na zamknięcie oczu, wdychanie oparów i zapominanie o stresach dnia codziennego. Gdy kubki smakowe i wszelkie receptory nakarmią się już wystarczająco, sprawdzamy bądź szacujemy temperaturę wody. Gdy woda jest nieco cieplejsza niż ciało (ok. 37 stopni Celsjusza), zgarniamy do wody przygotowane wcześniej pryzmy solne. Od momentu rozpuszczenia kryształów, spędzamy w błogim spokoju od 20 do 30 minut.

Wprawdzie przed nami sezon upałów i lekkich, owocowo-kwiatowych zapachów. Jakkolwiek serdecznie rekomenduję taką odprężającą kąpiel
w czasie chłodniejszych, deszczowych bądź burzowych wieczorów.

 

PAT&RUB seria relaksująca. Przypadek trzeci.

  • Posted on May 5, 2013 at 16:35

„Co tak pachnie?…” zapytał jak dotąd kilkakrotnie mój mąż, gdy przypadkiem znajdował się w strefie zasięgu emisji świeżego aromatu, kojarzącego się tyle z egzotyczną świeżością, co ze słodyczami.

patandrub recenzja balsam do rąk beautytellerŹródłem aromatycznych ekshalacji była za każdym razem ta sama tubka relaksującego balsamu do rąk. Wystarczyło uwolnić z niej pokaźną kroplę białego, gęstego mleczka i rozetrzeć ją w dłoniach, by wzbudzić żywe zainteresowanie domowników. Jak pokazała praktyka, po naturalny preparat, wabiący mieszanką zapachów trawy cytrynowej i kokosa, chętnie sięgają wszyscy, w tym dzieci. A miał być tylko mój. ;)

Po kilku tygodniach obcowania z trzecim już produktem z serii relaksującej PAT&RUB (pierwszym był balsam do stóp, drugim – olejek do ciała), mam ugruntowane poglądy. Wiem, czy warto było zainwestować. 

Ze względu na lekką, pomimo wyraźnych właściwości natłuszczających, konsystencję i szybkie wchłanianie przez skórę dłoni, chętnie zmieniłabym balsamowi nazwę z „balsam” na „śmietanka”. Woń rodem z chłodzonej gabloty wypełnionej bezowymi tortami nie relaksuje mnie, za to uruchamia wyobraźnię, poprawia nastrój, inspiruje do czynienia planów kulinarnych. Ostatecznie planowanie ustępuje lenistwu. Moje myśli biegną prost na spotkanie gotowym wyrobom cukierniczym. Marzę o kwaskowym, limonkowym sorbecie, z odrobiną cytrynowej skórki. Obok solidnie zmrożonego sorbetu winna czekać na mnie ubrana w liść mięty gałka śmietankowych lodów z wiórkami kokosowymi, oprószona plasterkami prażonych migdałów, zwieńczona kilkoma kroplami waniliowego sosu. Hmm… Dlatego wolałabym, aby z „relaksującego” zmieniono balsamowi nazwę na „pobudzający wenę i apetyt”.

A skoro już jesteśmy przy chłodzących gablotach, dodam jedną istotną uwagę natury technicznej. W przeciwieństwie do relaksującego balsamu do stóp, bohater tej notki źle znosi wahania temperatury. Skąd to wiem? Woziłam i nosiłam go ze sobą w torebce jeszcze w marcu, gdy na zewnątrz dawały w kość mrozy, a w biurze i samochodzie panowała temperatura wyższa o 20 stopni Celsjusza. Smarowałam dłonie balsamem zawsze wtedy, gdy zapominałam rękawiczek. Dbał o mnie bez zarzutu. Jednak po po kilkunastu przebytych cyklach „zimno-ciepło-zimno”, po wmasowaniu balsamu w dłonie, obok cytusowo-kokosowej słodyczy pojawiał się niezbyt interesujący zapach przegrzanego na patelni oleju spożywczego. Był to dla mnie sygnał, by na wszelki wypadek krem pozostawiać w domu, w lodówce. Wolałabym, aby kosmetyk ten był tak bardzo odporny na warunki otoczenia jak zabrany przeze mnie przed dwoma laty, w środku lata, do upalnej Italii, jego odpowiednik, przeznaczony do pielęgnacji kończyn dolnych. Cóż, być może producent zechce rozważyć moją drobną sugestię. ;)

Pomyśl sama, jak wyjątkowy byłby to relaks … Ciepły, bezwietrzny wieczór w Wenecji. Księżyc przeglądający się w tafli wody, poprzecinanej rozkołysanymi gondolami. W tle muzyka wygrywana na skrzypcach i gwar rozmów. Poczucie, że do szczęścia nie potrzeba nic więcej. Za każdym razem, gdy i podnosisz dłonie do twarzy lub okręcasz wokół palców pasmo włosów, masz na myśli pobudzającą wenę i apetyt śmietankę o zapachu kwaskowego sorbetu z limonki i lodów kokosowych… 

Doświadczenia na naczyniach.

  • Posted on April 28, 2013 at 22:40

Do napisania tego tekstu zabierałam się kilka razy, korzystając z mizernych ochłapów wolnego czasu i sprzyjających okoliczności. Aby recenzja ta nie przypominała ostatecznie narzuty patchworkowej, sprowadziłam wszystkie skrawki do wspólnego mianownika. Co z tego wyszło? Same ocenicie. Moim celem jest przekazanie wrażeń i subiektywnych obserwacji dotyczących zachowania skóry pod wpływem codziennego obcowania z ekoAmpułką 3 od PAT&RUB. Czas ekspozycji: dwa tygodnie. 

Ponadto, zaprezentuję Wam efekty doraźnego zastosowania ampułki w połączeniu z celulozową maską i tonikiem.
Na koniec podzielę się z Wami wnioskami z przeprowadzonych testów i moją opinią o preparacie.
Zarezerwujcie najbliższe 10 minut na lekturę. Przed Wami sporo zdjęć i szczegółowych opisów. :)

ekoampułka 3 PAT&RUB recenzja beautytellerW zestawie do testów znalazły się:
ekoAmpułka 3 – serum opracowane z myślą o widocznych słabych, kruchych i widocznych pod skórą naczynkach. Według producenta "chroni, wzmacnia, odbudowuje, zmniejsza obrzęki, zmniejsza zaczerwienienia". Lekki kremo-żel, do stosowania rano lub/i wieczorem oraz wtedy, gdy cera naczynkowa potrzebuje wsparcia.
Hipoalergiczny tonik łagodzący dla cery wrażliwej – na bazie wody i hydrolatu z róży damasceńskiej, wzbogacony wodą rozmarynową i lawendową oraz rumiankiem solnym. Przywraca skórze właściwe pH i przygotowuje ją na przyjęcie składników aktywnych serum.
Tonik poznałam już wcześniej. Był to jeden z moich najbardziej udanych zakupów w PAT&RUB. 
Papierowa maska na twarz – przeznaczona do nakładania bezpośrednio po aplikacji serum. Wspomaga przenikanie składników serum do warstw naskórka.  

Postanowiłam sprawdzić, jak zadziałają razem. Testy zaplanowałam dwutorowo: 
1. Współdziałanie toniku i serum sprawdziłam podczas  14-dniowej kuracji, kiedy to dwa razy dziennie przemywałam skórę tonikiem i wklepywałam ekoAmpułkę 3 w ilości równej połowie objętości pipety.
2. Po zakończeniu 2-tygodniowej kuracji i kilku dniach przerwy przeszłam do etapu intensywnych masek. Podczas 3 sesji, w odstępach 5-7 dni, aplikowałam serum na twarz w ilości 1,5 objętości pipety i pozostawiałam na 20 minut pod nasączoną tonikiem papierową maską.

Etap I – program 14 dni
Codzienne karmienie skóry mieszanką toniku i serum przypadło na marzec tego roku. Jak pewnie pamiętacie, panowała wówczas regularna zima. Moja uwrażliwiona cera zmagała się z wielokrotnymi zmianami temperatury otoczenia w ciągu dnia. Rano, po oczyszczeniu twarzy, przemywałam skórę tonikiem. Zanim wyschnął, przy pomocy szklanej pipety nakładałam ekoAmpułkę 3. Większość dawki wklepywałam w płytko unaczynione policzki. Mniej w skórę na czole, nosie i brodzie. Po wchłonięciu obsypywałam twarz korektorem i pudrem mineralnym. Na koniec odrobina bronzera, tusz do rzęs, dwie kreski konturówką na ustach, roztarte pomarańczowym balsamem. Kilkanaście minut później wychodziłam na mróz, po czym znajdowałam się w klimatyzowanym samochodzie. Następnie znowu kilkuminutowy spacer w ujemnej temperaturze, wreszcie 8 do 10 godzin przepracowanych w ciepłym biurze. Po wyjściu z biura scenariusz był generalnie taki sam, lecz realizowany był w odwrotnej kolejności. Rozumiecie, co to oznacza dla cery naczynkowej?… Rozumiecie… Wieczorem ponowne oczyszczanie, tonik, serum, czasem dodatkowo naturalny krem regenerująco-natłuszczający na noc. Tak właśnie wyglądał algorytm pielęgnacji z użyciem testowanych kosmetyków. Sądzę, że w takich warunkach preparaty miały utrudnione zadanie. Z drugiej strony patrząc, nie ma lepszego czasu na sprawdzenie skuteczności serum wzmacniającego naczynka niż okres zimnej pogody. Wypada dodać, że teoretycznie było to już przedwiośnie.
Od pierwszego do trzeciego dnia kuracji odczuwałam przyjemne nawilżenie twarzy. Wizualnie nie zmieniło się nic. Okazało się, że serum szybko się wchłania, a najlepszy czas osiąga wtedy, gdy zostanie zaaplikowane na wilgotną twarz, czyli przed wyschnięciem toniku. Stanowi bardzo dobre podłoże pod makijaż mineralny, bowiem nie pozostawia na powierzchni skóry żadnego filmu. Nic się nie wałkuje, nic się nie łuszczy. Minerały wytrzymują 6-8 godzin na swoim miejscu. Czasem wymagają zmatowienia papierkiem.
Przed upływem pierwszego tygodnia trwania kuracji pojawiły się pierwsze oznaki korzystnego wpływu na naczynka. Koloryt policzków stał się bardziej jednolity, choć zaróżowienie nadal się utrzymywało. Powierzchnia skóry zyskała odrobinę na gładkości. 
W drugim tygodniu byłam już przyzwyczajona do stosowania serum. Obserwowałam solidne i utrzymujące się przez całą dobę nawilżenie zewnętrznych partii naskórka. Bardzo przyjemne odczucie. Policzki natomiast, mniej żywiołowo niż zazwyczaj zareagowały na zabieg domowej mikrodermabrazji. Co z makijażem?… Otóż rzadziej sięgałam po mineralny korektor, ponieważ podkład samodzielnie radził sobie z maskowaniem słabego zaczerwienienia. 
W czasie kuracji zużyłam nieco więcej niż 1/4 zawartości opakowania serum i ok. 1/4 objętości butelki z tonikiem. Oto, jak czoło i policzek wyglądały przed kuracją i po kuracji. Po lewej stronie stan wyjściowy, po prawej – rezultat stosowania toniku i serum. 

ekoAmpułka 3 pat&rub

Etap II – maskowanie ;)
czyli dwie historie o tym, jak współdziałają ze sobą tonik i ekoAmpułka 3. Ze względu na objętość tego tekstu, odsyłam Was po więcej na temat toniku do mojej wcześniejszej recenzji. Skoncentrujmy się na ampułce, która sama w sobie jest skoncentrowana. Zawiera całą plejadę dobroczynnych składników (INCI): Aqua, Rosa Damascena Flower Water, Glycerin, Ginkgo Biloba Leaf Extract, Isoamyl Laurate, Vitis Vinifera (Geape) Leaf Extract, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, Argania Spinosa Kernel Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Laminaria Ochroleuca Extract, Lysolecithin, Sclerotium Gym, Xanthan Gum, Pullulan, Phenethyl Alcohol, Sodium Hyaluronate, Sodium Phytate, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene.
Czego można spodziewać się po składzie? W moim przypadku należało liczyć się ze spektakularną reakcją skóry na hydrolat różany (kto pamięta czerwone plamy po wodzie różanej na moich policzkach? :) ).  Spodziewałam się także odczuwalnego zwiększenia napięcia skóry, za sprawą hialuronianu sodu. Przede wszystkim jednak miałam głęboką nadzieję, że zastrzyk ekstraktów opanuje różowienie nadwrażliwych naczynek na moich policzkach.

Podejście pierwsze
Ktoś całkiem zgrabnie to wymyślił. Jedna marka, a więc jedne zakupy, jedna wysyłka, jeden dzwonek do drzwi. Po testach, w ramach wymieniania korzyści, mogę dodać, że niegryzące się wzajemnie nuty zapachowe toniku i serum nie powodują rozkojarzenia podczas niezapomnianych 20 minut spędzonych pod papierem.
A teraz wyobraźcie sobie twarz dotkniętą jednocześnie infekcją dróg oddechowych (wypryski i wulkany tu i tam), mrozem, wiatrem, klimatyzacją, stresem i przemęczeniem. Już?… Zatem teraz to samo, tylko na fotografiach. 
Po lewej czoło i policzek w stanie wyjściowym. Po prawej te same partie twarzy po 20 minutach spędzonych z ekoAmpułką 3.

Czy zauważacie różnicę?…

Prześledźmy teraz, jak przebiega proces przygotowania maski. Kinga Rusin w swoim filmie dostępnym na youtube.com zdecydowanie przesadza z czasochłonnością. Moim zdaniem nie ma sensu celebrować aktu nasączania papierowej maski (skądinąd jest to świetny patent), skoro niepozorna, biała kapsułka chłonie wilgoć tak szybko, że jest gotowa do użycia już po 30 sekundach.
Na oczyszczoną twarz nałożyłam 3 x 0,5 objętości pipety.

ekoAmpułka 3 pat&rub beautyteller

Wmasowałam i wklepałam jak należy, po czym przykryłam twarz nasączoną tonikiem maską. Oczywiście najpierw energicznie wstrząsnęłam butelką.
Maska powstaje z niewyględnej  tabletki. Tabletka, po wrzuceniu do czystej szklanki i polaniu kilkoma mililitrami toniku, urosła i nabrała chęci do współpracy. Papierowe krawędzie elegancko odspoiły się od reszty i w mgnieniu oka rozwinęłam prześmieszną "wycinankę" z otworami na oczy, nos i usta oraz rozcięciami na wysokości żuchwy, dzięki którym można modelować maskę w zależności od kształtu twarzy.
Prze 20 minut maska nie pozwala na odparowanie serum. Pilnie strzeże poprawnego przebiegu procesów odnowy i nawilżania w naskórku. W tym czasie można nastawić zmywarkę, włączyć pranie, poskładać ubrania lub oglądać kolorowy serial w jednej z polskojęzycznych telewizji ze świadomością, że nie ma w nim niczego sensownego. Ostatnia propozycja była żartem. Nie marnujcie tych 20 minut.

ekoampułka 3 pat&rub beautyteller

Podejście trzecie
Jak u Quentina, części drugiej nie było po pierwszej. Zrezygnowałam z prezentowania kolejnych kolaży ze zdjęciami w przypływie litości dla Czytających. Skoncentrujmy się na efektach działania maski z serum w przypadku, gdy jest to trzecie zastosowanie.
Mrozy się skończyły. Skoki temperatur pomiędzy miejską przestrzenią a domowymi i biurowymi pomieszczeniami nie jest już znacząca. Czynnikiem podrażniającym naczynka na twarzy jest dość częsty jeszcze, chłodny wiatr. Nie zapominajmy jednak, że skóra przyswoiła już ok. 1/3 objętości butelki.

Tak, to właśnie ta papierowa maska. Jak widzicie, przylega bez zarzutu. Przy okazji można postraszyć dzieci i rozśmieszyć męża.

Zaprezentowałam Wam poszczególne etapy testów, a tym samym drogi do mniej widocznych i mniej wrażliwych naczynek na twarzy. Co było na końcu? Czy udało się osiągnąć cel deklarowany przez producenta? 
Nie wiem, czy serum ekoAmpułka 3 zmniejsza obrzęki, ponieważ nie miałam takiego problemu przed rozpoczęciem testów. W mojej ocenie preparat ten, nawet w trudnych warunkach atmosferycznych wyraźnie przyczynia się do zmniejszenia zaczerwienienia na policzkach. Regularnie stosowany pomaga utrzymać dobre nawilżenie skóry, choć nie zastępuje pod tym względem naturalnego kremu. Używany codziennie przez okres 2 tygodni, a następnie co kilka dni jako maska, potrafi w sposób zauważalny zrównoważyć naczynia i przyczynić się przez to do ujednolicenia kolorytu twarzy. Wymaga czasu, cierpliwości i systematyczności. Ale te cechy to już całkiem inna historia…
Oto, jak wygląda moja cera dzisiaj, gdy na półce stoi w połowie opróżnione opakowanie toniku i wypełniona w 1/3 buteleczka ekoAmpułki 3.

Przepis na domową mikrodermabrazję, zakupy w ‘Zdrowych Kosmetykach’, Dr.Hauschka i kolejne podarunki od PAT&RUB

  • Posted on March 25, 2013 at 20:21

Reprezentacja Polski przegrała kilka dni temu mecz w nogę z Ukrainą, ku rozpaczy milionów domorosłych selekcjonerów w kraju. Wiosna przyszła tylko na papierze, dorzucając nam na dokładkę solidne porcje śniegu, z mrozem dla zaostrzenia smaku. Słońca jak na lekarstwo. Nic się nie chce. Nie chce się też chcieć. Za plecami jeszcze świeże wspomnienie rozpędzonego tygodnia. Na twarzy za to nuta szarości i ślady zmęczenia jako pamiątka.
Znacie to, prawda? Kto nie zna, niech poda przepis na ciągłe życie w świetnej formie. Proszę tylko nie przepisywać z kolorowych gazet i ze scenariuszy seriali telewizyjnych. 

Beautyteller podaje natomiast, zapowiadany dawno temu na Facebooku, przepis na domową mikrodermabrazję. Skorzystać mogą z niego osoby systematycznie niezadowolone z działania scrubów i pilingów, rozczarowane brakiem wyraźnych, zadowalających efektów. Moją motywacją do wykonania tego kosmetyku była właśnie konsternacja spowodowana rozbieżnością pomiędzy obietnicami producenta a faktyczną skutecznością markowego, naturalnego, a przy tym nietaniego pilingu do twarzy. Jeżeli zatem poszukujesz solidnego złuszczenia i wygładzenia skóry, polecam tą recepturę Twojej uwadze. Czerwona lampka powinna jednak zapalić się w głowach wrażliwcom i posiadaczkom płytko położonych, kruchych naczynek, ponieważ przygoda z korundowym proszkiem może zakończyć się podrażnieniami. Co prawda stosuję ten piling na uwrażliwionych policzkach, jednak przy dużej dozie ostrożności. 

domowa mikrodermabrazja zrób sobie krem beautyteller

Jak i z czego wykonać? Co jest czym?
Do czystego, plastikowego pojemnika (może być po maśle do ciała, kremie, itd), wyposażonego w szczelne zamknięcie, należy przelać i wsypać odmierzone ilości składników:

  1. potrójny kwas hialuronowy 1,5 % – 15 ml
    Silny nawilżacz, jest bazą dla mieszaniny. Podczas wykonywania masażu skóry, działa ochronnie na naskórek. Ułatwia rozprowadzanie.

  2. korund – 5 ml
    Minerał wzorcowy z skali Mohsa, o twardości 9 w 10-stopnionwej skali. Oczywiście "dziesiątka" przeznaczona jest dla diamentu.
    W mieszaninie jest podstawowym i zarazem "narzędziem" złuszczającym. Bezwzględny dla zrogowaciałego naskórka.Ma postać białego, bardzo drobnego proszku. Podczas wykonywania kosmetyku, jak również w czasie wykonywania zabiegu i zmywania pilingu  twarzy, trzeba uważać, aby nie dostał się do oczu.

  3. organiczny macerat z zielonej herbaty – 10 ml
    Bardzo przyjemna i przydatna w wielu formulacjach gotowa kombinacja ekstraktu z liści zielonej herbaty z olejem słonecznikowym.
    Ma postać oleju o żółtawej barwie i niezbyt intensywnym, słodkawym zapachu. Bogaty w polifenole i teinę, przez co jednocześnie działa wzmacniająco na ścianki naczyń krwionośnych, niszczy bakterie i wolne rodniki. W mieszaninie przeznaczonej do mikrodermabrazji pełni rolę składnika pielęgnującego naskórek, jak również ułatwia rozprowadzanie cząstek ścierających.

  4. zmielone łupiny orzecha laskowego – 5 ml
    W zasadzie same w sobie stanowią piling i tak też nazwał je producent. Ich zadaniem jest usuwanie obumarłych części naskórka z powierzchni skóry. Działają delikatniej niż korund. Dopełniają dzieła.

  5. FEOG – 5 kropli
    Gotowy konserwant, będący mieszaniną fenoksymetanolu i oktylogliceryny. Dopuszczony do stosowania w kosmetykach w krajach UE, w USA, Kanadzie, Australii i Japonii (źródło). W tym nowoczesnym duecie, fenoksyetanol jest znacznie silniejszym konserwantem, przy czym obarczony jest niskim do umiarkowanego ryzykiem wystąpienia podrażnień skóry, oczu i płuc (źródło). Rzecz jasna domową mikrodermabrazję należy wykonywać ze stosowną rozwagą, omijając okolice oczu i ust (również ze względu na zawartość drobin korundu i zmielonych łupin orzechów).  

    Oktylogliceryna charakteryzuje się niezbyt silnym działaniem konserwującym oraz właściwościami pielęgnacyjnymi dla skóry (źródło). Zdecydowałam się na zastosowanie FEOG z uwagi na przygotowanie mieszanki w ilości wystarczającej na wykonanie kilku zabiegów. Dla pewności gotowy produkt przechowuję dodatkowo w lodówce.

Wszystkie składniki kupiłam w ZSK (Zrób Sobie Krem).

Jak działa?
Już podczas pierwszego zabiegu daje o sobie znać siła korundu. To nie przelewki. Nakładałam mieszankę na twarz niewielkimi porcjami i masowałam skórę wykonując niewielkie kółka. Intensywniejszy masaż zafundowałam skórze na czole, skrzydełkach nosa i na brodzie. Policzki potraktowałam delikatniej. Zabieg trwał 2 minuty. Policzki odpowiedziały rumieńcami (poprawa mikrocyrkulacji), które po kilku godzinach równomiernie zanikły. Żadne naczynko nie ucierpiało podczas zabiegu.
Rezultat przewyższył moje oczekiwania. Skóra na całej twarzy stała się odczuwalnie gładsza. Zniknęły z niej niewielkie nierówności. 

Po tygodniu zorganizowałam kolejne podejście. Za drugim razem miałam już wprawę w operowaniu pilingiem na poszczególnych partiach twarzy. Skróciłam czas operowania preparatem do dwóch minut. Nieco niezręcznie jest chwalić wyrób rąk własnych, jednak muszę z pełną szczerością przyznać, że to mi się po prostu udało. Skóra po drugim razie bardzo dobrze wyglądała pod cienkim obłoczkiem mineralnego pudru.
Niestety, chwilę później przyszła zimowa infekcja i skolonizowała część czoła i policzków. Minerałów nakładałam więcej, do akceptowalnej granicy.

Trzecie zastosowanie miało miejsce po upływie kolejnego tygodnia. Rytuał ten sam. Co dziwne, skóra nie zeszła z twarzy.. Na powierzchni odsłoniły się rozmaite niespodzianki, dojrzewające po chorobie. Łatwiej było się z nimi rozprawić przy pomocy wody mineralnej, hydrolatów i olejów.
Preparat zachował swoją trwałość. Przechowuję go w lodówce. Przed użyciem wymaga ponownego rozmieszania, bowiem drobiny opadają na dno pojemnika. O ile konserwant i chłód ochronią go przed zepsuciem, przed weekendem wykonam mikrodermabrazję kolejny raz dla udoskonalenia strefy "T".

W ramach przygotowań do wiosennej pielęgnacji, zgromadziłam naturalne zapasy.
Skorzystałam z dnia darmowej wysyłki w "Zdrowych Kosmetykach". Skupiłam się na komplet czterech żeli pod prysznic SANTE (łatwo je zabrać na świąteczny wyjazd, poza tym próbowanie zapachów zaliczam do przyjemności). W koszyku znalazł się także płyn do kąpieli dla małych księżniczek APLHANOVA i mydło ALEPIA z kozim mlekiem, po których spodziewam się łagodności i dobrego wpływu na skórę atopową. Nie zabrakło też akcentu barwnego. Sentymentalna tęsknota za majowymi bzami znalazła swoje wcielenie w pigmencie ALVA.

sklep zdrowe kosmetyki zakupy beautyteller

Moc kąpielowych aromatów i pielęgnujących eliksirów przybyła do mnie z wysyłkowego sklepu Dr.Hauschka. Szybko i bezproblemowo.
Najbardziej zaciekawił mnie zestaw olejków do kąpieli. Znowu małe pojemności, znowu zapachy do wyboru, a na dodatek bogaty wachlarz dobroczynnych właściwości. Poznałam już wariant świerkowy i bardzo wysoko go oceniam.

Dr.Hauschka zakupy beautyteller

Współpraca z marką PAT&RUB ma swoją kontynuację. Tym razem otrzymałam do sprawdzenia ekoAmpułkę 3, w towarzystwie toniku i maseczek w kapsułkach. Testy ruszyły dwa dni temu. Spostrzeżenia będę notować codziennie przez dwa tygodnie, a następnie przedstawię na blogu zebraną dokumentację i wnioski.
Tonik znam już bardzo dobrze. Był to jeden z moich najbardziej udanych zakupów w PAT&RUB (recenzja).

patandrub ampułka 3 testy beautyteller

Które produkty najbardziej Cię zainteresowały?

Barwne tworzywa i projekty under construction

  • Posted on March 10, 2013 at 22:09

Weekendowe wieczory to dla mnie doskonały czas na wprowadzenie w życie pomysłów na kolejne, odzieżowe projekty. Przy dobrym filmie, przyjemnej muzyce lub rodzinnej rozmowie, ręce chętnie angażują się w wytwarzanie niepowtarzalnych, autorskich ubrań.

Przygodę z drutami, szydełkiem i bajecznie kolorowymi włóczkami może rozpocząć każdy, oczywiście z naciskiem na żeńską część populacji. :)
Warto się przełamać i spróbować. Początki bywają trudne, dlatego rozsądnie jest zacząć od prostych opasek na włosy, szalików, kominów.
Im szybciej pojawi się efekt końcowy w postaci użytecznego przedmiotu, tym lepiej dla przyszłego nastawienia do misternego dziergania.
Tym wstępem chciałabym skutecznie zachęcić Was do takiej formy spędzania wolnego czasu. Cellulit od tego nie ginie, ale kalorii spala się dość sporo. :)

Zerknijcie na limonkowo-zielony sweter, który dostałam od Mamy ponad dekadę temu. Szanowałam go i bardzo lubiłam, jednak czas sprawił, że wyrób utracił w pewnym stopniu pierwotną formę. Wełna pozostała niezmechacona, nie utraciła koloru. Krój swetra zmienił się jednak. Nie wspominając o tym, że i ja się zmieniłam. :) Pół roku temu w sklepie amiqs.pl złowiłam okazyjnie trzy motki doskonałej wełny z merynosa Araucania Toconao Multy w odcieniach zieleni. Gdy w głowie zaświtał mi pomysł na przerobienie swetra, włóczka okazała się idealnym tworzywem, zarówno pod względem grubości, faktury, jak też ze względu na kolor. Prace nad nowym ubraniem nadal trwają i zbliżają się do końca. Sweter zmienia się w sukienkę.

araucania toconao multy beautyteller

Z włóczek Laines du Nord Melone w kolorach 14 – ciemny beż i 80 – burgund oraz pozostałości jedwabiu Silky Worsted w kolorze Indygo, wykonałam sukienkę-kamizelkę odpowiednią dla dziewczynki w wieku 3-4 lat. Przód ozdobiłam spontanicznie tworzonymi wzorami, natomiast tył wydziergałam prawymi oczkami z włóczki w kolorze burgundu. Mała dama chętnie zakłada sukienkę do przedszkola w chłodne dni. :)

Plassard Sarabande 17 beautyteller

Szalony, soczysty bukiet kipiący urodą maciejki niezapominajek wybrałam na ciepłą spódnicę. Aby dzianina nie wywijała się, wykonałam ją podwójnym ryżem. Jestem dokładnie w połowie drogi. Być może okaże się, że po zakończeniu i przymierzeniu, konieczne będzie wszycie podszewki. Niewątpliwie przyda się wszyty na boku suwak.
Tworzywem jest w tym przypadku gruba, wełniano-akrylowa włóczka o fantazyjnej strukturze – Plassard Sarabande w odcieniu 17. 

Kolorowe, miękkie kule gromadzę w niemałych ilościach. Jako ograniczenie przyjęłam objętość pudełka, w którym je przechowuję. Ponieważ w ostatnim czasie zwolniło się w nim nieco miejsca, pozwoliłam sobie na zakupy. Tym razem, z myślą o wiosenno-letnich wyrobach, zainwestowałam w szlachetne włóczki o grubości lace i sport, w pastelowych kolorach. Po przerobieniu dwóch motków cudownie miękkiej i ozdobionej dyskretnie cekinami Rowan Kidsilk Haze Glamour, czym prędzej zamówiłam kolejne cztery. Misternie wyplatam sweterek-mgiełkę na drutach "trójkach", stosując tu i tam drobne ażury. Jestem w 1/3 drogi do sukcesu. 

magic loop beautyteller

O ile w amiqs.pl robię zakupy regularnie od przeszło pół roku, po prześliczne pastele zapukałam niedawno do  sklepu Magic Loop. Bardzo ucieszyła mnie błyskawiczna dostawa i dołączone do przesyłki drobiazgi: słodkie rarytasy, które posądzam o bycie milanowskimi krówkami pierwszego gatunku oraz szalenie przydatne w dalszych łowach próbki włóczek wraz z nazwami. Świetny pomysł na oswojenie nowego klienta!
Na mnie podziałał. Jako klientka poczułam się dopieszczona i z pewnością wrócę po więcej.

magic loop beautyteller

Jeżeli temat dzianinowego szaleństwa Was zainteresuje, będę relacjonować dalsze postępy w pracach i recenzować tworzywa.
Chętnie poznam też Wasze rekomendacje i sprawdzone adresy.

Permanentna pielęgnacja ust.

  • Posted on March 8, 2013 at 16:57

Nie jest już żadnym zaskoczeniem korzystne działanie kwasu hialuronowego, roślinnych olejów, maseł, wosków czy ekstraktów na skórę. Napisano na ten temat gigabajty tekstów na blogach i artykułach specjalistycznych, o niespisanej mądrości ludowej już nie wspominając. Coraz liczniejsza kobiet wciera, smaruje, balsamuje i maluje się tym, co pochodzi z upraw ekologicznych i posiada eko-certyfikaty. I dobrze. Oby tak dalej. Sama  z zamiłowaniem testuję rzeczywiste możliwości "naturalsów", w tym nierzadko własnoręcznie wykonanych. Ewentualne niepowodzenie podczas testów ogranicza się do dwóch przypadków: braku jakiegokolwiek, korzystnego działania lub wystąpienia reakcji uczuleniowej bądź alergicznej.
Dzisiaj spojrzę na kosmetyki naturalne przez pryzmat znacznie wyższej stawki.

Postanowiłam zaryzykować i wypróbować otrzymane do przetestowania naturalne kosmetyki PAT&RUB LIPS w szczególnych okolicznościach. Mam na myśli sytuację, gdy czystość chemiczna składników, ich jakość i właściwości mają bardzo duże znaczenie dla przebiegu gojenia ran, prawdopodobieństwa wystąpienia zakażenia, a wreszcie dla końcowego efektu inwazyjnych zabiegów kosmetycznych. Brzmi poważnie, prawda?

regenerujące serum do ust i okolic patandrubUsta poddane zabiegowi mikropigmentacji, zwanej inaczej makijażem permanentnym, wymagają wyjątkowej i troskliwej opieki. Sprawowanie w sposób skuteczny takiej opieki wymaga natomiast cierpliwości i dyscypliny. Podejmując decyzję o poddaniu się temu zabiegowi, byłam świadoma ryzyk, z jakimi mogę się spotkać. Wiedziałam też, w jakim stopniu jestem odpowiedzialna za przestrzeganie zaleceń lingerystki i przygotowanie się "przed". Wiedziałam ponadto, że biorę odpowiedzialność za właściwe postępowanie i odpowiednią pielęgnację "po". Jest zatem całkowicie jasne, że w doborze kosmetyków nie miał prawa zadziałać zadziałać przypadek. Makijaż permanentny polega na trwałym wprowadzeniu barwnika do głębokich warstw naskórka. Aby to osiągnąć, konieczne jest przerwanie tkanek, stąd po zabiegu mamy do czynienia z raną, która musi wygoić się w odpowiednich warunkach, w swoim czasie. Do czasu całkowitego wygojenia, dopuszczalne a zarazem konieczne, dla zapewnienia higieny i właściwej regeneracji, jest przemywanie ust lekko ciepłą wodą oraz solidne natłuszczanie i nawilżanie. Profesjonaliści rekomendują w tym celu wazelinę i krem z witaminą E.
Wybierając kosmetyki do pielęgnacji ust w fazie leczenia, kierowałam się kilkoma zasadami. Miały to być preparaty proste (jak najmniej składników), naturalne, pozbawione alergenów, barwników i konserwantów. Przez cały okres gojenia stosowałam do przemywania ust wyłącznie wystudzoną, dwukrotnie przegotowaną wodę, białą wazelinę i Serum Regenerujące do ust i okolic
PAT&RUB. Wazelinę i serum aplikowałam na zmianę, początkowo co 2 godziny, w kolejnych dniach stopniowo coraz rzadziej. 
pomarańczowy balsam do ust patandrubPod grubym, kojącym, wazelinowym filmem zamykały się tkanki, formowały strupki i skórka pigmentacyjna. W wyniku działania serum, usta otrzymywały uderzeniową porcję wilgoci. Towarzyszyło temu dosyć zabawne odczucie: naskórek dosłownie wchłaniał dawki serum niczym gąbka. Odwdzięczył się bardzo szybką regeneracją i niezłym – pomimo okoliczności – wyglądem w czasie gojenia. Serum było moim sprzymierzeńcem w walce z bólem, chroniło strupki przed pękaniem (również w czasie mrozów), a przede wszystkim, dzięki rewelacyjnym właściwościom nawilżającym, przyczyniło się do zatrzymania barwnika na swoim miejscu. Dzięki temu dziś cieszę się  efektem dyskretnego, naturalnego makijażu.
Nie żałuję, że obdarzyłam Producenta tak daleko idącym zaufaniem. Zapracowały na nie wszystkie kosmetyki tej marki, których do tej pory używałam, a których większość kupiłam na własną rękę.
 Dziś, gdy na pamiątkę pozostało mi zaledwie puste pudełko, z pełnym przekonaniem mogę potwierdzić skuteczność serum i to, że jest ono bezpieczne. Wpisałam je na listę kosmetyków wartych powtórki z rozrywki. Kupię.

Bazując na dobrej opinii o serum, w zaufaniu do PAT&RUB poszłam jeszcze o krok dalej. Pierwszym, kolorowym kosmetykiem, jakiego odważyłam się użyć po wygojeniu ust był balsam pomarańczowy. O ile serum zapewniało pełną higienę podczas aplikacji, gdyż mieściło się w tubce z wylotem o bardzo małej średnicy, o tyle balsam aż prosił się o wydłubywanie palcami ze słoiczka. Chcąc uniknąć niepotrzebnych kłopotów, w początkowym okresie organizowałam sobie rozmaite szpatułki do wyjmowania preparatu i aplikowania go na usta. Dało się przeżyć, choć było to istotne ograniczenie dostępności. Uparłam się, że wykorzystam tester właśnie na tym etapie i uparłam się słusznie. Przez cały okres największych zimowych mrozów mój makijaż permanentny był bezpieczny. Ocalał w świetnej formie. Nie pękały mi usta, naskórek łuszczył się minimalnie.
Gdy już mogłam sobie na to pozwolić, prowadziłam eksperymenty kolorystyczne. Cieniowałam usta konturówkami i wykańczałam warstwą balsamu. W każdej z kombinacji uzyskiwałam śliczny makijaż  ust, będący tym samym doskonałym narzędziem pielęgnacji. 
Balsam nie zniknął jeszcze ze słoiczka. Razem z błyszczykiem różanym będzie towarzyszył mi wiernie w torebce aż zjem go w całości. Dobrze mi na co dzień z soczystym, lekko musującym zapachem pomarańczy. 

Koniecznie zapoznajcie się ze składnikami serum i balsamu, bo warto. Traficie do nich klikając na kolorowe, wytłuszczone nazwy kosmetyków.
Jeżeli już znacie PAT&RUB LIPS, czekam na Wasze opinie.

Cytrynowe babki kąpielowe

  • Posted on March 5, 2013 at 21:31

Przyjemnie jest korzystać z efektów własnych starań, prawda?… Długa, ciepła i relaksująca kąpiel w towarzystwie samodzielnie przygotowanej, musującej babki jest przyjemna podwójnie. Ponadto nie da się pominąć etapu samego wytwarzania kosmetyków, gdy kuchnia wypełnia się przyjemnym aromatem olejków eterycznych, a odmierzanie, mieszanie, formowanie i oczekiwanie dostarcza niemałej frajdy.
Zachęcam Was gorąco do podejmowania samodzielnych prób z kulami kąpielowymi. Jeżeli zdarza się Wam kupować gotowce, koniecznie porównajcie działanie zakupionych kul z wyrobami stworzonymi w domowym zaciszu.
Jako inspirację polecam Wam mój przepis na kolejną wersję musujących kosmetyków do kąpieli. Tym razem mają one postać babek, ponieważ swój kształt i zdobienia zawdzięczają gotowej formie, którą kupiłam w ZSK za niecałe 40 zł. Forma pozwala na jednoczesny wyrób pięciu babek. Jest wykonana  niezbyt grubego, przezroczystego plastiku. Traktowana łagodnie i odpowiednio zadbana powinna z powodzeniem służyć przez długi czas.

Do ulepienia babek wykorzystałam zalegającą w domu pozostałość sody oczyszczonej. Uzbierało się jej około 1 i 3/4 szklanki z IKEA. W ilości równej połowie tej objętości dodałam kwas cytrynowy, a następnie 3 czubate łyżki czerwonej glinki (Alepia). Składniki wymieszałam bardzo dokładnie plastikową łyżką do sałatek, pieczołowicie rozgniatając wszelkie grudki i bryłki. W oddzielnym naczyniu przygotowałam mieszaninę ze składników ciekłych: oleju słonecznikowego (40 ml), SLP (15 ml), organicznego olejku cytrynowego (5 ml) i olejku "czarna kawa" (2 ml). W wyniku połączenia obu mieszanin uzyskałam masę o konsystencji wilgotnego piasku. Na tym etapie dodałam barwniki (niebieski i odrobinę żółtego). Wyrobiłam masę aż do uzyskania jednolitego koloru. Następnie nabierałam niewielkie porcje i po opryskaniu och niewielką ilością wody, stopniowo, delikatnie ugniatałam w formach. Jest to ważny moment w całym procesie. Zbyt duża ilość wody spowoduje nadmierne pęcznienie mieszanki wewnątrz formy i opóźni twardnienie. Zbyt mała ilość wody nie wystarczy do związania masy i nadania spoistości końcowemu produktowi. Co zatem zrobić? Próbować. Za drugim, trzecim razem właściwą konsystencję będziecie miały "w rękach".
Z przygotowanej mieszanki udało mi się wykonać 9 przyjemnych dla oka i powonienia, zielonych babeczek.
Przechowuję je w zamkniętym pudełku. Właściwie, niewiele ich już zostało. :)
Do kąpieli wrzucam jedną lub dwie jednocześnie. Musują intensywnie i szybko się rozpuszczają. Sprawiają, że woda jest nieco mętna i zyskuje zielony kolor. Dzięki zawartości oleju skóra po kąpieli nie wymaga szczególnej troski, czyli dodatkowej porcji nawilżania. Najprzyjemniejszą stroną kąpieli jest jednak unoszący się nad wodą aromat świeżej skórki cytryny.

cytrynowe babki do kąpieli hand made beautyteller

Apetyt na lawendę i zieleń.

  • Posted on February 24, 2013 at 14:23

Nigdy nie przepadałam za lawendą. Stykając się co pewien czas z nią samą lub wariacjami na temat jej aromatu w różnych kosmetykach, zawsze reagowałam negatywnie. Zapach odbierałam jako mdły, męczący, mydlany. Nudził mnie lub irytował, co nie miało nic wspólnego z przypisywanym angels on bare skin LUSH review beautytellertej rozślinie właściwościom uspakajającym, relaksującym i ułatwiającym zasypianie. Tak więc nigdy nie było nam ze zobą po drodze, aż do ubiegłej jesieni, kiedy to, korzystając z krótkiego pobytu w Londynie, zajrzałam do przyciągającego z moca magnesu sklepu LUSH, niedaleko Oxford Street. Poszukiwałam czegoś nowego, najchętniej do pielęgnacji twarzy. Zainteresował mnie nietypowy preprat do mycia, wyglądem przypominający owsiankę. W jasnobeżowej masie tkwiły kawałki kwiatów lawendy. Uniosłam tester do nosa i zostałam zaczarowana. Zanim przeczytałam na opakowaniu, jakie składniki zapracowały na efekt, usiłowałam "rozbroić" mieszankę siłą własnej pamięci do zapachów i osobistych skojarzeń. Gorycz i świeżość lawendy wyszły odważnie na pierwszy plan, budując niski, wyraźny, a przy tym miękki akord w płączeniu ze świeżym rumiankiem. Wtórowała im bardzo przyjemna nuta, którą podświadomie wiązałam z ogrodem mojej mamy, jednak nie potrafiłam jej jednoznacznie wydzielić. Jakkolwiek,  w miejsce lawendowej nudy przyszło zaciekawienie. W miejsce mydlanej mdłości zawitała ziołowa tajemnica. Kompozycja okazała się soczysta i wyjątkowo zachęcająca. Podnosiłam tester do nosa kilkakrtonie, nie mogąc wyjść ze zdumienia, że lawenda może mi się podobać. Zdecydowałam się na zakup po przeczytaniu listy składników. Jak nie zaufac naturalnej paście do mycia twarzy, której budulcami są drobno zmielone słodkie migdały, gliceryna, kaolin i woda? Jeżeli dodać do tego olej lawendowy, absolut róży damasceńskiej, olejki z rumianku i aksamitki (to właśnie ten śliczny, ogrodowy aromat) i kawałki kwiatów, więcej do szczęścia nie potrzeba. 
Pozostałe składniki to: styraks, Limonene  i Linalool.
Aktualnie moje 100 gramowe opakowanie wypełnione jest jeszcze w 1/5. Od powrotu używałam pasty regularnie, przynajmniej raz dziennie, rano lub/i wieczorem. W moim przypadku okazała się sprawna w delikatnym i skutecznym usuwaniu makijażu (nie stosowałam jedynie na powiekach i rzęsach). Rano przyjemnie odświeża i "budzi" skórę twarzy. Nie działa jak piling, nie usuwa mechanicznie nierówności, nie chroni też przed powstawaniem drobnych zaskórników. Potrafi jednak gruntownie "posprzątać" naskórek z sebum i powierzchniowych zanieczyszczeń, a przy tym świetnie oddziaływuje na nastrój: relaksuje, odpręża i uspokaja. Jakkowiek zinterepretujecie jej nazwę, pasta Angels on Bare Skin, jako wydajny i niepospolity kosmetyk co codziennego oczyszczania twarzy, w mojej opinii warta jest swojej ceny (100 g za 6.25 funtów). Jeżeli dobrnęłaś do finiszu moich zachwytów nad roślinną mieszaniną, bardzo się cieszę. ;)

hydrolat lawendowy ZSK recenzja beautytellerIdziemy dalej. Skoro już uprzedzenia zostały przełamane, w grudniu ubiegłego roku skusiłam się na drugi, lawendowy kosmetyk. Postanowiłam sprawdzić, jak zadziała lawendowy hydrolat w roli toniku do przemywania twarzy, na etapie pomiędzy Angels on Bare Skin a truskawowym serum nawilżającym własnego wyrobu. Zdecydowałam się na wodę kwiatową z oferty ZSK (Zrób Sobie Krem). Za 200 ml zapłaciłam 9,90 PLN, nie licząc kosztów przesyłki, które rozłożyły się na całe, niemałe zamówienie. Czy w tym przypadku było warto?…
Tak, jeśli miałabym wziąć pod uwagę wyłącznie założony cel: hydrolat delikatanie ściąga pory, odczuwalnie odświeża cerę i zostawia na skórze warstewkę wilgoci chętnie absorbowaną przez kwas hialuronowy zawarty w moim serum, a przy tym nie powoduje w moim przypadku żadnych reakcji w postaci zaczerwienienia czy rozgrzania skóry, jak to miało miejsce w przypadku wody różanej i porzeczkowej.
Nie, jeżeli nadal stoimy na stanowisku, że lawenda pachnie urzekająco i przykłada rękę do przyjemnego rozpoczęcia dnia. Lawenda, z której wydobyto tą właśnie wodę kawiatową, miała zły dzień, mało słońca lub wyjątkowo niekorzystne warunki wzrostu. Być może została przeklęta przez miejscową zielarkę – szamankę. Nie wiem. Wiem, że pachnie przedziwnie i nieprzyjemnie. Prawdziwa lawenda pobrzmiewa gdzies w tle, ale przede wszystkim odczuwam atak cukru i nieprzyjaznej woni zgnilizny. Wybaczcie, ale inaczej nie odczuwam. Jakkolwiek, codziennie przemywam nią twarz i nie narzekam. Zużyłam połowę objętości butelki. Nie wiem, co będzie, gdy skończy się pięknie lawendowa pasta. Być może wtedy zwyczajnie nie wytrzymam hydrolatu.

Wróćmy z terenów bagnistych na obszary apetytu. Podzieliłam się apetytytem na fioletową lawendę. Pozostało podzielić się wzrastającym ostatnio apetytem na zieleń. Zieleni na zewnątrz nadal jak na lekarstwo.  Był taki moment, gdy anemicznie zazielenione trawniki obiecywały ładowanie enerii i emisję optymizmu. Nic z tego nie wyszło i nadal dwa razy dziennie obserwuję białe (i dzięki temu czyste), warszawskie trawniki. Intensywne opady śniegu mają swój plus, bowiem wychodząc z pracy na świeżo zasypany teren potrafię się jeszcze pozachwycać zimą; pozwalam się zakoczyć. Nie przestaję jednak głodnieć z dnia na dzień. Dlatego w ubiegłym tygodniu zaserwowałam sobie przystawkę w postaci "american french" (jeśli ktoś byłby uprzejmy wyjaśnić mi powstanie tej  żenująco śmiesznej nazwę, byłabym wdzięczna). Malunek wykonała Pani Eliza z She Day Spa & Hair Design. Jeżeli kiedyś cierpliwie poćwiczę, być może opanjuę w podobnym stopniu trudną sztukę malowania idealnych pasków w taki sposób, by manikiur utrzymał się w doskonałej formie na paznokciach aż osiem dni. 

american french mint deep green beautyteller

Na zaostrzenie apetytu, polecam już teraz moją następną notatkę, w której podzielę się przepisem na musujące, zielone babki do kąpieli o energetyzującym zapachu cytrusów.

Miłej niedzieli i odrobiny zieleni od poniedziałku.

Lubisz Beautyteller na Facebooku? Ten Konkurs jest dla Ciebie!

  • Posted on February 13, 2013 at 22:43

Dobry wieczór! :)

Przygotowałam miłą niespodziankę dla Czytelniczek śledzących wpisy a blogu poprzez stronę na Facebooku. 
Wszystkie Fanki zapraszam do udziału w Konkursie – Zgadywance. :)

Oto zbiór obowiązujących zasad gry, zwany poważne "REGULAMINEM":
1. Konkurs organizuje i sponsoruje właścicelka bloga Beautyteller.
2. Po tym poznasz, że spełniasz warunki udziału:
    - jesteś pełnoletni(a) – ukończyłaś(eś) 18. rok życia i zamieszkujesz na terytorium Polski;
    – lubisz stronę bloga Beautyteller na Facebooku (aktywny przycisk "lubię to");    
    – w komentarzu do niniejszej notki udzieliłaś odpowiedzi na dwa pytania konkursow
e:
      pytanie 1:  Jak nazywają się trzy kosmetyki marki LUSH przedstawione na zdjęciu? (wystarczy, że podasz anglojęzyczną nazwę produktu. Nie śpiesz się, powertuj na moim blogu (znajdziesz tam częściową odpowiedź i cenne wskazówki), poszukaj w sieci, a może przypomnij sobie, czego używałaś lub co oglądałś w sklepie, jeżeli korzystasz produktów marki LUSH).

      pytanie 2: Recenzje których produktów LUSH chciałabyś przeczytać na blogu Beautyteller w roku 2013 i dlaczego? (odpowiadajcie z polotem, kreatywnie, z poczuciem humoru.)
3. Odpowiedzi należy udzielać posługując się pseudonimem lub imieniem i nazwiskiem. Jeżeli podpis Uczestniczki(ka) będzie inny niż imię i   nazwisko (nazwa) Fana na FB, proszę o przesłanie mailem informacji pozwalającej na identyfikację Uczestniczki(-a).
4. Spośród Uczestniczek(ków) zostaną wyłonione 3 Laureatki(tów), w sposób dwuetapowy:
    etap 1: Właścicielka bloga Beautyteller ocenia prawidłowość odpowiedzi na pytanie 1. Za każdą prawidłową odpowiedź przyznam 1 punkt. Maksymalna możliwa ilość punktów do uzyskania: 3.

    etap 2: Czytelnicy bloga Beautyteller wybierają w głosowaniu najciekawszą odpowiedź na pytanie 2. Odpowiedzi będą punktowane według ilości zebranych głosów: 5 punktów dla odpowiedzi z największą ilością głosów, następnie 4, 3, 2 do 1.
Suma punktów zdecyduje o lokatach na zwycięskim podium.

5. Odpowiedzi na pytania konkursowe można udzielać do dnia 19 lutego 2013 , do godz. 23:00. 
6. Głosowanie zostanie uruchomione na blogu Beautyteller w ciągu 24 godzin od zakończenia przyjmowania odpowiedzi i potrwa do 24 lutego 2013 r., do godziny 23:00.
7. Wyniki konkursu oraz prawidłowe odpowiedzi na pytanie 1 zostaną opublikowane na blogu i stronie bloga na Facebooku najpóźniej w dniu 26 lutego 2013 r.
8. Wysyłka nagród nastąpi w ciągu 7 dni roboczych od otrzymania od Laureatki(ta) drogą mailową (beautyteller(at)beautyteller.pl) adresu do wysyłki i oświadczenia o wyrażeniu zgody na przetwarzanie danych osobowych na potrzeby związane z organizacją konkursu i wysyłką nagród w konkursie.
9. Nieprzesłanie Organizatorowi mailem danych do wysyłki i oświadczenia w terminie 7 dni od daty odłoszenia wynikó konkursu będzie skutkowało dyskwalifikacją, a nagrode otryma kolejny Uczestnik według uzyskanej punktacji.
10. Nagrody… :)
miejsce I – Oriflame – Podkład Giordani Gold Age Defying w odcieniu Light Ivory
miejsce II – Oriflame – Serum Giordani Gold Age Defying Radiance Elixir
miejsce III – Oriflame – Paleta ośmiu cieni do powiek Nude&Grey

lub… na życzenie Laureatki(ta) każda z wymienionych wyżej nagród może zostać zastąpiona wykonanym przez mnie (według mojego przepisu) naturalnym serum truskawkowym do twarzy o pojemności 30 ml (LINK).

Życzę dobrej zabawy! :)